Pięć godzin w Polsce

Tegoroczny Polski Festiwał na Federaton Square był  już piątym z kolei i choć nie podkreślano tego jubileuszu, to wypada pogratulować inicjatorom i organizatorom tego największego wydarzenia w kalendarzu imprez polonijnych, które z czasem młodnieje (to nie paradoks!), bo przeciętna wieku jego uczestników wyraźnie się obniża. Młodnieje i – tak mi się wydaje – potężnieje.  

Gdy na pól godziny przed oficjalnym otwarciem festiwalu pojawiłam się na placu, stały już namioty, ale jeszcze nic się na nim nie działo, a tylko obsługa stoisk rozkładała towary i kręcili się młodzi ludzie, ciekawie rozglądając się dokoła. Z czasem zaczęło ich przybywać, a wczesnym południem napłynęły tłumy. Oczywiście nie była to już tylko młodzież; plac wypełnili ludzie w różnym wieku. Świetna lokalizacja namiotu „Tygodnika Polskiego” pozwalała przyglądać się wchodzącym na Federaton Square. Jak na wieloetniczną Australię przystało, byli wśród nich ciemnoskórzy i skośnoocy. Obserwacja ta budziła radość, bo oznaczała, że nasz festiwal przyciąga nie tylko Polaków, ale i obcych. Wielu Polaków podkreślało swoją polskość barwą ubrań i polskimi elementami strojów. To afiszowanie się polskością  też było miłe. Radość i nadzieję w sercu budził widok małych krakowianek i krakowiaczków oraz autentyczny entuzjazm z jakim występowały na scenie dzieci szkolne. Obecność gości z country i innych stanów, w tym motocyklistów z Sydney (pięknie prezentowali się na swoich pięknych maszynach), świadczyła o ogólnoaustralijskiej sławie i zasięgu melbourneńskiej imprezy. Nie wiem, czy tak było na pewno, ale bardzo prawdopodobne, ze przyjechali po to, aby poznać tajemnicę naszego (czytaj: melbourneńskiego) sukcesu i wykorzystać ja u siebie. Nie sądzę, że ktoś starałby się strzec tej tajemnicy, bo przecież wszyscy chcemy, żeby polskie imprezy w całej Australii cieszyły się dużą popularnością.

Przyglądaniu się tłumom przewalającym się po placu, myszkowaniu wśród stoisk z ładnie wyeksponowanym towarem, napawaniu oczu przepiękną biżuterią ze srebra i bursztynu (celowo nie zabrałam gotówki, żeby nie dać się skusić, ale kupiłam za pożyczone pieniądze), oglądaniu występów na scenie i słuchaniu wystąpień oficjalnych gości towarzyszyło uczucie ogromnej satysfakcji. Chciałam sprawdzić, czy inni odbierają imprezę w podobny sposób, więc pod koniec festiwalowego dnia udałam się na zwiady i poniżej zamieszczam opinie wybranych osób (reszta wypowiedzi w następnym numerze, w tym jedna bardzo negatywna):

Tak jak w latach siedemdziesiątych jeździło się do Werribee na święta sportowe, żeby spotkać znajomych, tak teraz przychodzi się na Federation  Square. Przez 20 lat była luka, bo nie było jednej centralnej imprezy, na którą był mus pojechać, a teraz festiwal wypełnił tę lukę. Dzisiaj spotkałam osoby, których nie widziałam 7 – 10 lat, m. in. Ryśka Ślifierza z Koła Młodzieży Wschodnich Dzielnic Melbourne, którego byłam prezesem  Święto sportowe w Albion czy targi w Rowwille to regionalne imprezy, a ta jest nie tylko reprezentacyjna, ale i ogólna.  W Internecie krążyły ogłoszenia o festiwalu. Zebrało się dużo młodych. Są też adwentyści i polscy Żydzi. Do stoiska Federacji przychodzili młodzi ludzie i pytali o grupy młodzieżowe, o klasy języka polskiego dla dorosłych (Lucyna Artymiuk, FEDERACJA POLSKICH ORGANIZACJI w WIKTORII)

Mam bąble na rękach, a to oznacza bardzo udany dzień. Z zamówionych 500 znaczków zostało użytych 450, a jeszcze nie koniec dnia. Zwykle przychodzi do nas 200 -250 dzieci. Dziękuję rodzicom, którzy przyprowadzili swoje pociechy. Zapraszam na przyszły rok. Będziemy w nowym miejscu i będzie więcej rzeczy do robienia. Zapraszam nie tylko dzieci, ale i woluntariuszy. Doradców mamy wielu, ale potrzebujemy więcej ludzi do roboty, żeby każdy z nas mógł wyjść na chwilę i coś zobaczyć. Otrzymałam zaproszenie do Sydney na Polski Festiwal na Darling Harbour i do Adelajdy na Dożynki, więc chyba robimy coś dobrego. (Iga Bajer, KORDYNATOR KITSTOP)

Nasz tegoroczny wypad na „Federation Square” był połączeniem przyjemności i obowiązków. Mój młodszy syn i mąż, jeden zawodnik, a drugi menadżer drużyny grupy wiekowej poniżej 18 lat zgłosili się na godzinny dyżur na stanowisku klubu piłkarskiego „Polonia” (formalnie Western Eagles). Doroczny Dzień Polski jest fantastyczną okazją dla naszej organizacji sportowej do zareklamowania  swojej działalności i zasilenia kasy społecznego przecież klubu, zastrzykiem gotówki. Moi panowie otrzymali służbowe koszulki, czarne fartuszki, rękawiczki ochronne i dołączyli do uwijających się w pocie czoła innych menadżerów, zawodników i ich rodziców. Tłum kupujących miał do wyboru szaszłyki, kiełbaski, hamburgery i inne smakowitości.

Ja, wyposażona w pajdę czarnego chleba ze smalcem (mniam, mniam...) i małosolnym ogórkiem i w nieodłączny aparat fotograficzny poszłam na obchód pozostałych straganów.

Jak co roku, największe tłumy gromadziły się przy stanowiskach z jedzeniem i piciem. W kolejkach słychać było rozmowy w językach z całego świata a nabywcami bigosiku i placków ziemniaczanych byli przedstawiciele wielu ras i kolorów skóry!

Co krok napotykałam znajomych – i tych bliskich i tych, których ostatnio widziałam rok temu w tym samym miejscu. Miło mi było przywitać się z moimi uczniami - tegorocznymi i ubiegłorocznymi maturzystami ze szkoły polskiej w Princes Hill; to fantastyczne, że czują potrzebę uczestniczenia w takim święcie. Ciepło również wspominam stanowisko Federacji Polskich organizacji w Wiktorii – organizatora tego polskiego festiwalu. Pięć lat temu, jeszcze jako pracownik Biura Opieki Federacji, brałam udział w stawianiu pierwszych kroków na Federation Square. Nikt wtedy nie spodziewał się, że impreza urośnie do takiej rangi.

Obchód stoisk różnorodnych polskich wystawców należał do tych ‘przyjemności’ dzisiejszego dnia. Mój mąż powierzył mojej opiece swój portfel, by nie przeszkadzał mu w serwowaniu szaszłyków i kiełbasek. Ja miałam na myśli tylko wspieranie działalności polskich biznesów nabywając świąteczne bąbki, świeczniczki, kartki, długopisy i biało-czerwone koszulki... Mój mąż umiał to docenić i po zakończeniu nie jedno-, ale trzygodzinnego dyżuru w prezencie kupił mi najpiękniejszy na całym festiwalu bursztynowy naszyjnik.

Dzień był pełen wrażeń, a aparat jest pełen zdjęć (włącznie z fotką z obiema MISS POLONIA AUSTRALIA)), które jeszcze dziś powędrują na „Naszą Klasę”. Jest się przecież czym pochwalić. Czy przyjdziemy tu znów za rok? Jeśli Bóg pozwoli, a Federacja załatwi, to z przyjemnością! (Marta Bielska)

Impreza podoba nam się dlatego, że jest polska. Panuje dobra atmosfera. Jest dużo młodzieży. Nasze dzieci, Łukasz i Natalka chętnie przyjeżdżają. To działa na zasadzie łańcuszka – młodzież się ściąga, żeby tu być razem. Nie musi być zachęcana przez rodziców, to raczej ona zachęca. Powinniśmy być dumni z tego, że mamy tu swój dzień; wyszliśmy z polskiego grajdołka. Festiwal rośnie w siłę. Pierwszy raz słyszeliśmy zapowiedź o tej imprezie w telewizji. W piątek na kanale 10. weatherman powiedział o festiwalu, a skoro Australijczyk zaprasza na polską imprezę, to nie wypada nie przyjść... Piękna pogoda. Prawdopodobnie wymodlił ją ks. Słowik. Dzięki Bogu za ks. Słowika. (Irena i Norbert Dubińscy)

Z roku na rok festiwal organizowany jest z większym rozmachem i przyciąga coraz więcej mieszkańców Melbourne i to nie tylko tych pochodzenia polskiego. Spotkałam właśnie amerykańska turystkę, Murzynkę, która wybierała prezent dla swojej znajomej Polki w USA i zastanawiała się, czy kupić koszulkę, czapeczkę, czy jakiś gadżet. Ja dla siebie i swojej przyjaciółki kupiłam biało-czerwone bransoletki (wspaniały polski akcent!), a dla synów bluzeczki z orłem w koronie. Sami wybrali i zaraz się w nie przebrali.                                         Na stoisku „Tygodnika Polskiego” kupiłam, oczywiście, gazetę i dostałam śliczna zakładkę, którą włożę sobie do książki i ostentacyjnie będę trzymała w każdej książce czytanej codziennie w pociągu. A co, niech wszyscy widzą.

Spacerując między stoiskami, spotykaliśmy znajomych, których nie widzieliśmy od dawna. Był z nami brat naszej koleżanki, który przyleciał z Polski na kilka miesięcy. Powiedział nam, że będzie ten czas spędzony na Polskim Festiwalu na Federation Square wspominał jako jeden z najmilszych momentów swojego pobytu w Melbourne. Umówiliśmy się ze znajomymi na przyszły rok, bo to wspaniała impreza i okazja, żeby chociaż przez parę godzin poczuć się tak jak w Polsce. (Sylwia Głowacka)  

Polski Festiwal na Federation Square już po raz piąty był wielkim dorocznym świętem dla Polonii w Melbourne.  Do zakupów zachęcały stoiska z polskimi produktami, barwna scena zachwycała występami dzieci, młodzieży i nie tylko.

Przechodząc wzdłuż rzeki, nie można było oprzeć się pokusie, aby nie zasmakować tego, co oferowały wyśmienite stoiska garmażeryjne.  W tym roku stoisk z jedzeniem było stosunkowo dużo – dobrze dla kupujących, gorzej dla sprzedających, bo konkurencja niemała.  Dookoła dominował kolor biało-czerwony.  Nawet moja mama odwiedziła stoisko harcerek, skąd wróciła z flagą namalowaną na jednym ramieniu i z okazałym orłem na drugim.

Ale festyn, to nie tylko stoiska…  Najwspanialszym aspektem festynu jest przede wszystkim okazja spotkania przyjaciół i znajomych.  Tego dnia do centrum miasta zjeżdżają Polacy ze wszystkich dzielnic Melbourne.  Jak okiem sięgnąć widać grupki znajomych - wszyscy zaangażowani w intensywne rozmowy,dyskusje.  Dla wielu Festiwal to jedyna okazja w roku aby się nawzajem zobaczyć.

Nie można pominąć faktu, że festiwal odwiedza nie tylko społeczność polska, ale również i inne narodowości - z przyjemnością i zainteresowaniem korzystają z tego, co proponują polskie kramy i ta specyficzna atmosfera “Polish Festival”.

Z okazji jubileuszu Festiwalu składam Komitetowi Organizacyjnemu serdeczne gratulacje i życzenia, aby ten szczególny dzień z roku na rok był jeszcze bardziej prężny, aby będąc źródłem mocnej więzi międzypolonijnej nadal godnie oferował miastu Melbourne wszystko to, co w nim polskie. (Gosia Kaczmarczuk)

Na Polski Festiwal na Federation Square przychodzimy wraz z żoną głównie ze względów rodzinnych. W tym roku, w zespole Polonez, tańczyli nasz syn i wnuk., no to jak tu nie poprzeć rodziny.

Gdy już się jest na miejscu, okazuje się że warto było przyjść z wielu powodów. W tym roku, oczywistym powodem była, zorganizowana przez Puma Media, projekcja filmu Ostatnia akcja. Doskonała komedia, której motyw przewodni – bohaterowie są zmęczeni ale nadal potrzebni i przydatni, był dla nas bardzo optymistyczny. Ten optymizm rósł podczas występu Poloneza, w którym pojawiło się sporo nowych twarzy a, i tak niezmiernie bogaty, repertuar wzbogacił się o kilka nowych, bardzo dynamicznych tańców.

Po tej, dla nas niejako oficjalnej, części Festiwalu, można rozejrzeć się dookoła. Atmosfera na Federation Square najbardziej przypominała mi atmosferę w Rzeszowie podczas zeszłorocznego Światowego Festiwalu Polonijnych Zespołów Artystycznych. Przede wszystkim miałem uczucie, że jestem w Polsce. Flagi narodowe, biało-czerwone stroje, polski język i dużo, dużo młodzieży. Oczywiście wielu młodych mówi po angielsku ale polskie flagi na twarzy i białe orły na koszulkach mówią – I am proud to be Polish. Co chwila napotykamy znajomych, czasem tych, z którymi widzieliśmy się poprzedniego dnia, czasem takich, których nie widzieliśmy od lat. Spotykamy również osoby, które całkiem niedawno przybyły z Polski do Australii, i to niekoniecznie z wizytą do rodziny ale również aby tu studiować lub uczyć się angielskiego. Mnie osobiście bardzo cieszy ten znak, że stosunki między Polakami w kraju i w Australii zaczynają się układać na partnerskich zasadach, że Polacy mogą czuć się swobodnie w obu krajach.

Na bulwarze nad Yarrą miły chłód, tu schroniło się wiele rodzin z dziećmi. Dzieci mogą wziąć udział w konkursach rysunkowych, dorośli mogą spróbować kupić tradycyjne polskie smakołyki.

Ani sie spostrzegliśmy jak minęło 5 godzin. Czas wracać do domu. Ostatni rzut oka na Federation Square. Zabytkowy budynek Flinders Street Station doskonale wygląda w obramowaniu biało-czerwonych flag. Wydaje nam się, że teraz czujemy się w Melbourne jeszcze bardziej jak w domu. (Lech Milewski)

Polski Festiwal na Federation Square to wspaniała możliwość spotkania wielu znajomych, ktόrych nie widuje się zbyt często. Miło jest zobaczyć obecnych i byłych uczniόw szkoły polskiej biorących udział w  tej polskiej atrakcji. Z jakim ciepłym uczuciem w sercu odgląda się flagi z polskim orłem powiewające w centrum miasta.
Aby uniknąć popołudniowego gorąca i długich kolejek, pojechałam do city rano.  Z przyjemnością oglądałam właścicieli stoisk, ktόrzy wykładali swoje towary przygotowując się do dnia pracy. Robią to dla nas, dla Polakόw.
Oczywiście odwiedziłam namiot z ciastami i jak zwykle nie mogłam się zdecydować co wybrać: sernik, makowiec, drożdżόwka, ciasto z wiśniami- po prostu raj dla degustatorόw polskich ciast.
Moim ulubionym punktem programu są występy dzieci. Niestety, w tym roku nie widziałam ich ponieważ oglądałam polski film. Zdaniem mojej koleżanki i jej cόreczki występy były wspaniałe. Po obejrzeniu tych występόw czteroletnia Kasia zdecydowała, że chce chodzić do polskiej szkoły.
Polski film bardzo podobał się wielu osobom, z ktόrymi o nim rozmawiałam. Uważam, ze jest to świetny pomysł- połączenie wyświetlania filmu z festiwalem.
Wszystkim, ktόrzy przyczynili się do zorganizowania Festiwalu w tym roku należą się serdeczne podziękowania za ich trud i wysiłek. (K. Skowrońska)

Jestem pod wrażeniem. Nie mogę nie porównywać Federation  Square z Darling Harbour. Ukształtowanie terenu decyduje o rozmieszczeniu obiektów. Tu jest kilka sektorów: scena, namioty, stoiska z żywnością. W Sydney w centrum jest scena, a dokoła są stoiska. Przewagą Federation Square jest bliskość środków transportu. Ludzie tu wpadają. Do Darling Harbour muszą dojść celowo, a tu mamy ludzi z marszu. Czy to tłumaczy waszą słynną frekwencję, sięgającą  40 tysięcy? Trudno się przez te tłumy przedzierać. Nie jest się w stanie zobaczyć wszystkiego. Dla mnie istotne jest, czy organizatorzy się zadowoleni. Pewnie znajdę odpowiedź w „Tygodniku”. Dobrze, żeby się Polonie Melbourne i Sydney odwiedzały się nawzajem. (Ernestyna Skurjat, PULS POLONII)

Fantastycznie! Już koniec festiwalu, a ciągle są ludzie. Chyba było tylu uczestników co rok temu. Popularny był Kidstop. Pogoda się udała. Ministrowi wszystko się podobało, konsulowi również (Jan Szuba, PRZEWODNICZĄCY KOMITETU ORGANIZACYJNEGO)

Z przyjemnością  zauważyłam, ze w tym roku jest więcej ludzi młodych. Drugie i trzecie pokolenie. Nie mówią po polsku, ale czują się Polakami. Gdy rozdawałam programy, podchodzili przygodni Australijczycy i pytali, jaki to festiwal, a gdy dowiedzieli się, że polski, mówili: O, Polish, we have to come and look.  Bardzo przyjemnie jest pracować i widzieć efekty swojej pracy i wiedzieć, że sprawia się ludziom przyjemność. Zajmuję się witryną internetową i informuje angielskie media, a razem z Jankiem przygotujemy program a mój brat je projektuje. (Izabella Kobylańska, KOMITET ORGANIZACYJNY)

Cieszę się, że jest coraz więcej młodzieży. Cieszę się też, że wszystko idzie gładko i nie muszę interweniować. (Ks. Wiesław Słowik, SJ)
Page last updated: 26 Nov 2009

Printer Friendly page